START ARTYKUŁY KONKURS PRENUMERATA GALERIA KONTAKT

Toskania w barwach pomarańczy.

 

Październik 2009 Autor: Maciej Schmiegel

Po 20 godzinach spędzonych w samochodzie wszyscy mamy już serdecznie dosyć. Najmniej "dosyć" ma nasza piętnastomiesięczna córka Marysia, która po prostu przespała prawie całą drogę. Ale jak tu nie spać, kiedy drogi równe jak stół, wszystkie przynajmniej dwupasmowe, dobrze oznakowane. Gdyby nie włoscy kierowcy, którzy co chwila dostarczają nam potężną dawkę adrenaliny, napisałbym: "nuda". A tak, co chwila z letargu wyrywa nas trąbienie... Śmiejemy się, że chyba uczą ich tego na kursie. Marysia śpi, w radiu włoskie hity, a przed nami kolejny tunel. Tym razem "tylko" 967 metrów... Wyjeżdżamy i (prawie) stajemy jak wryci. Przed nami rozciągają się wzgórza pokryte winnymi krzewami, dachy domów mają kolor orchy, a kilkumetrowe palmy rosną jak nasze brzozy. Jesteśmy w Toskanii!

To tutaj swoje letnie domy mają Sting czy Spielberg, to tutaj leży Florencja, Pizza, Lukka czy Voltera. Naszym celem jest jednak nieduża rybacka wioska o nazwie San Vincenzo, położona na etruskim wybrzeżu morza Śródziemnego. Wspaniała pogoda i zapach drzew piniowych powodują, że zmęczenie jakoś odchodzi w niepamięć. Po zakwaterowaniu w dobrze wyposażonym domku ruszamy na plażę. Jest jak w folderze - błękitne niebo i lazurowa woda. Dzisiaj tylko odpoczywamy. Tym razem postanowiliśmy bowiem spędzić wakacje głównie na zwiedzaniu. Następnego dnia poznajemy naszych holenderskich sąsiadów - Steva i Helen. Wymieniamy pozdrowienia, a już po chwili dzielimy się pierwszymi wrażeniami. Oni są tu już dziesiąty raz. - I nigdy nam się nie nudzi - mówią. Pierwszą wycieczkę zaplanowaliśmy ambitnie. Chcemy zobaczyć trzy wspaniałe miasta: Pizze, Lukke i San Gimilgniano.

Po dwóch godzinach jazdy drogą ekspre- sową wjeżdżamy do Pizzy. Oczywiście chcemy zobaczyć krzywą wieżę. Tylko gdzie ona jest? - Pewnie w centrum - rzucam błyskotliwie. Po kilku minutach kręcenia się w kółko postanawiamy zapytać. Na szczęście na stacji benzynowej mówią po angielsku. Zostawiamy samochód na miejscu do parkowania (warto wiedzieć, że w większości włoskich miast miejsca parkingowe są płatne - płacimy w parkomatach - od 1 do2 euro za pierwszą godzinę i 2 euro za każdą następną). Po przejściu mostu nad rzeką Arno zbliżamy się do Piazza Miracoli, gdzie stoi krzywa wieża. I wiecie co, ona rzeczywiście wygląda, jakby miała lada moment runąć. Po dwóch godzinach zwiedzania czujemy niedosyt i głód. Niestety nawet w tak dużym mieście Włosi mają przerwę. Od godz. 13 do 16 (lub 17) wszystko jest zamknięte. Wyjeżdżając, wzbudzamy jeszcze małą sensację wśród turystów... Nasz GPS wyprowadził nas na deptak. Ech, ta elektronika. Jest już 15 a my dopiero "zaliczyliśmy" jedno miasto. Ale, jak plan to plan. Jedziemy dalej. Lukka, to średniowieczne miasta, całe otoczone grubym murem, z zachowanym układem ulic, kamienicami z XIII wieku i zabytkową katedrą. Zwiedzamy szybko i, niestety, pobieżnie. Przed nami ostatni punkt wycieczki: San Gimilgniano - średniowieczna perełka włoskiej architektury. Każdy, kto choć przez chwilę chciałby poczuć, jak żyło się w średniowiecznej Europie powinien tu przyjechać.

Miasteczko położone jest na potężnym wzgólone warownym murem, ale zdecydowanie "lżejsze". Nie potrafię tego do końca wyjaśnić, ale Lukka - miasto, w którym urodził się Puccini, była - pozwólcie, że użyję porównania - jak obraz namalowany ciemnymi farbami olejnymi. San Gimigliano zaś, jest jak akwarela. Radosne, tętniące życiem. Tu na każdym rogu można spotkać artystę malarza, sklep z rękodziełem, czy posłuchać muzyki granej przez ulicznego grajka. O tak, warto tu było przyjechać. Około północy wracamy do siebie. Jutro idziemy popływać. Po dniu pełnym leniuchowania postanawiamy jechać do Florencji. I od razu napiszę - nie podobało nam się. Owszem katedra Santa Maria del Fiore jest cudna, ale poza tym? Hałas, tłok i w ogóle... nie czuć toskańskiego klimatu. Po po- wrocie od Steva i Helen dowiadujemy się, że w odległym o 20 km od nas Piombino jest lokalny rynek, na którym można kupić świeże warzywa i owoce. No to jedziemy! Rynek, szanowny Czytelniku, to trochę nieodpowiednie słowo. Wyobraźcie sobie zamknięte na czas trwania targowania kilka ulic, wzdłuż których swoje kramy rozstawiają nie tylko sprzedawcy warzyw i owoców, ale dosłownie wszystkiego. Owoce kupujemy od gościa, który postanowił przebić konkurencję i darł się w niebogłosy, że wszystko ma za jedno euro. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie kupił lokalnych specjałów. Tak więc w mojej torbie lądują suszone pomidory, bawole salami, owczy ser pecorino i porchetta. Ta ostatnia, to wieprzowina krojona w plastry z kręcącego się na rożnie świniaka, uprzednio pozbawionego kości, nadzianego szałwią i morską solą. Pycha! Wszystko to ląduje wieczorem na stole, w towarzystwie wybornej oliwy i wytrawnego Chianti. Steve i Helen wyjechali. Trochę będzie smutno... Na szczęście nie na długo. Do domku obok wprowadzili się bowiem Józefa i Zbigniew Witkowie z Bielska Białej. Jak miło zamienić kilka słów w ojczystym języku. Nowi sąsiedzi okazują się niezwykle sympatyczni, i udzielają nam kilku cennych wskazówek a nawet pożyczają przewodnik po Rzymie. Mamy nadzieję, że jeszcze się kiedyś spotkamy. Po obfitej kolacji kolejny dzień spędzamy na plaży. Marysia jest zachwycona, a jej ulubionym zajęciem jest rozrzucanie łopatką piasku. Chyba zasłużyliśmy na lody. Nie od dzisiaj wiadomo, że Włosi potrafią robić lody i uwielbiają je jeść. Dajemy się bez oporu ponieść temu zwyczajowi i odwiedzamy La Fontanne - największą w San Vincenzo lodziarnię. Pistacjowe, orzechowe, jogurtowe, Justyna nie może się zdecydować. - Bierzemy wszystkie - decyduje. Tego dnia plażą wracamy do domku. Do Voltery jedziemy w niedzielę. Tym razem zlecamy naszemu GPS omijanie dróg szybkiego ruchu. No to mamy, czego chcieliśmy. Takimi zakrętami i serpentynami jeszcze nie jechałem. Jazda na karuzeli to pikuś. Wszystko to jednak rekompensują widoki. Jest cudnie. Voltera, a jakże, położona na wzgórzu, słynie z kopalni alabastru, a przy okazji sklepów oferujących prawdziwe cuda z tego prawie przezroczystego kruszcu. Przepiękne anioły, lampy, żyrafy, rzeźbione głowy kosztują nawet kilka tysięcy euro.

My decydujemy się na niewielkie alabastrowe serduszko... Po kilku godzinach postanawiamy, że jeszcze raz jedziemy do Lukki. Tym razem mamy określony cel. Wieczorem ma się odbyć słynna na całą Europę procesja ze światłami. Do Lukki przyjeżdżamy kilka minut przed godz. 20. Jest już ciemno. Wrześniowy wieczór jest ciepły i bezwietrzny. Na ulicach tłumy ludzi, w restauracjach typowy włoski gwar i nagle, w takt dzwonów z katedry, na ścianach domów i kościołów zaczynają się pojawiać zapalone małe świece. Całe miasto jest rozświetlone ich blaskiem. Tłum gęstnieje z każdą sekundą. Rozlegają się brawa, w oddali słychać śpiewy. Zatrzymujemy się i po chwili zza rogu wyłania się procesja. Przed naszymi oczami maszerują przedstawiciele wszystkich stanów Lukki. Idą rzemieślnicy, lekarze, siostry zakonne, strażacy, grupy charytatywne, straż miejska, szkolne orkiestry dęte, służby ratunkowe i porządkowe. Wszyscy w rękach trzymają pochodnie albo świece. Jesteśmy pod wrażeniem. Kolejny dzień i kolejna atrakcja przed nami. Wyruszamy do Sienny. Jeśli cała Toskania ma kolor orchy, to Sienna ma kolor dojrzewającej pomarańczy. Najlepiej widać to z punktu widokowego przy Museo dell' Opera del Campo. Bilet vip (w cenie katedra, babtysterium, muzeum i punkt widokowy kosztuje 10 euro). Po wąskich schodach wchodzi się na wysokość 40 metrów, skąd widać całe miasto. Urzekają nas pomarańczowe dachy, małe podwórka i wszechobecny duch średniowiecza. Zapada wieczór, siadamy przy stoliku na najsłynniejszym toskańskim placu Il campo, na którym dwa razy do roku odbywają się konne wyścigi. Pijemy wino, śmiejemy się, patrzymy na naszą Marysię, wierząc, że przyjedzie tu, kiedy będzie duża. Czas płynie powoli... Chyba moglibyśmy tu zostać... Parzymy na zegarek - zbliża się 23, a jutro o 4 rano jedziemy do Rzymu. Ale to już zupełnie inna opowieść...